Głos Weterana i Rezerwisty

MIŁOŚNICY MYŚLISTWA

WSPOMNIENIA MYŚLIWEGO

 Myślistwo, to stara dziedzina sportu określana dawniej jako „Łowy” czy „Polowania”. Formy i metody myślistwa stale się zmieniały w zależności na jaką zwierzynę urządzane były polowania. W parze z tym doskonalony był sprzęt i broń, którą używano. Dzieje myślistwa bogate też są w różne przygody, legendy, opowiadania, jak pięknie to napisano w Panu Tadeuszu, ale bywały i tragiczne wypadki, których nie unikniono aż do dzisiejszych czasów. Bogaci myśliwi, książęta, szlachta polska i inni dostojnicy, urządzały łowy z bogatym ceremoniałem i liczną służbą, przeważnie na grubego zwierza. W Afryce na antylopy, zebry, lwy, gepardy, słonie i nosorożce. W Azji częściej na tygrysy, leopardy, niedźwiedzie, wilki a w Polsce na żubry. Najczęściej polowania organizowano jednak na drobną zwierzynę, bardziej dostępną dla myśliwych i nie pociągająca za sobą takich przygotowań jak na grubego zwierza, a więc: lisy, sarny, dziki, jelenie a z ptactwa na: bażanty, głuszce, cietrzewie, kaczki i kuropatwy. Z braku u nas groźnych drapieżników (oprócz wilków i rysi) w postaci tygrysów, lwów czy niedźwiedzi, postrachem dla wielu niedoświadczonych amatorów myślistwa , stał się popularny w Polsce dzik. Swoimi kłami, ranny dorosły odyniec, może rozpruć brzuch każdemu nieostrożnemu myśliwemu. Dziki zasadniczo same nigdy nie atakują człowieka. Może to się zdarzyć gdy dorosły osobnik – odyniec, zostanie lekko ranny lub locha w obronie swoich małych warchlaków. Pomimo, że sprawy zachowania się dzików są na ogół znane myśliwym, to na polowaniach w lasach,  „strach” ma zawsze wielkie oczy i właśnie z tego powodu dochodzi do wypadków postrzelenia kolegi i zamiast dzika  zabicie człowieka. Są jednak wypadki gdy rozjuszony dzik potrafi pokazać co potrafi. Pamiętam wypadek z lat pięćdziesiątych z Ustrzyk Dolnych na Podkarpaciu. Dwóch amatorów myślistwa wybrało się do lasu upolować dzika. Efekt był taki, że ranny odyniec zaatakował polującego i przewrócił go w desperackim ataku na ziemię. Ostrym dużym kłem, zwanym szablą, rozpruł mu brzuch i popędził w las. Kolega zaatakowanego gdy pospieszył na ratunek, mógł tylko być świadkiem nieuchronnej śmierci kolegi. Był w tej sytuacji bezradny, kolega po kilku minutach zmarł. Pośpieszył czym prędzej do wsi by powiadomić rodzinę i zabrać kolegę z lasu. Do pomocy poprosił kilku sąsiadów i furmanką wyruszyli na miejsce gdzie rozegrała się tragedia. Gdy przybyli na miejsce, ich oczom ukazał się bardziej przerażający obraz niż mogli sobie wyobrazić. Rannego amatora polowania już nie było. Pozostała po nim tylko czaszka, grubsze kości rąk, nóg i zakrwawione strzępy odzieży. To wataha wilków, po zwęszeniu świeżej krwi, dokonała tego makabrycznego dzieła. Rzecz jasna, że po takim fakcie, tragiczny wypadek jest wśród braci myśliwskiej i w otoczeniu szeroko komentowany, z dodatkowymi fragmentami emocji i w ten sposób „strach” przed dzikiem rośnie do potęgi. Mniejsze znaczenie ma wówczas sprawa błędu człowieka, brak ostrożności lub brawura, a wszystkiemu jest winien groźny dzik i „strach”, który nabiera dominującego znaczenia. Zapomina się często o tym, że jak ma się do czynienia z bronią na polowaniach czy w innych miejscach, powinno się pamiętać wojskową formułę, że „broń raz do roku sama strzela”. Dlatego mając broń w ręku, trzeba zachować jak najdalej idącą ostrożność, a na polowaniach nie strzelać do cienia. Nawet jak się zobaczy dzika, to nie powinno się do niego strzelać wówczas, gdy silny chłop niesie go na ramieniu, a wtedy gdy dzik czterema nogami trzyma się ziemi. Nie oddaje się też strzału do kotła, gdzie jest nagonka, a po jego zewnętrznej stronie, gdzie nie ma myśliwych i nagonki. Bardzo ważną sprawą na polowaniach jest dobra organizacja, dyscyplina, opanowanie, przestrzeganie ustalonych reguł i obowiązujących przepisów. Piszę o tym nie z przypadku ale też z własnego doświadczenia. Miałem bowiem taki przypadek, na szczęście nie tragiczny, że wpisał się w moją pamięć na zawsze, chociaż działo się to dawno temu. W 1950 roku uzyskałem pozwolenie na odstrzał w lasach lubaczowskich jednego rogacza. Po piaszczystej leśnej drodze wjeżdżaliśmy w las. Na małej polance zauważyliśmy, jak wraz z trzema sarnami pasł się okazały rogacz. Kierowca zatrzymał samochód i zgasił silnik. Z lewej strony tylnego siedzenia samochodu otworzyłem delikatnie drzwi, wziąłem do ręki sztucer i po wyjściu z samochodu oparłem go na karoserii. Lufę skierowałem w stronę stadka i brałem na muszkę upatrzonego rogacza. Gdy już miałem pociągnąć za spust, przed lufa mignęły mi jakieś cienkie nitki, których w tym miejscu nie powinno być i to mnie zirytowało. Podniosłem lufę sztucera wyżej, by sprawdzić co jest? Okazało się, że mój kolega – przyznam, że nie roztropnie - w tym samym czasie z prawej strony samochodu otworzył też drzwi i chcąc zobaczyć jak będę strzelał, wsadził mi swój czubek głowy prosto pod lufę sztucera. Gdy to zobaczyłem, podniosłem sztucer do góry i świadom tego co mogło by się wydarzyć, pociągnąłem za spust i wypaliłem Panu Bogu w okno. Kolega nie wiedząc co się stało, zaczął się śmiać, że nie trafiłem, widząc jak spokojnie pasące się stadko szybko umknęło do lasu. Koledze powiedziałem: ty się nie śmiej, a bądź szczęśliwy, że żyjesz, bo gdybym trafił to zamiast rogacza byłbyś ty upolowany. Podstawiłeś mi swoją głowę prosto pod lufę. Szybko to zrozumiał, przeprosił i dziękował mi zawsze, gdy spotykaliśmy się. Ten przypadek jeszcze raz potwierdził mnie w przekonaniu, że na polowaniach nie można tracić głowy w pogoni za wszelką cenę by coś upolować, ale trzeba zachować ostrożność, rozwagę i być opanowanym. Mówiąc o polowaniach, ich bogatej tradycji , to tylko na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat zaszły ogromne zmiany. Przede wszystkim jest teraz doskonała broń myśliwska - strzelby i sztucery oraz bogate i piękne akcesoria, których w powojennych latach nie było. Są też piękne i praktyczne ubiory dla myśliwych. Dzisiaj prawdziwy myśliwy – jadący na polowanie - wygląda niczym pan młody wystrojony na swój ślub. Często po większych polowaniach z nagonką, rozpalane jest ognisko, trwa ożywiona i wesoła dyskusja. Polowania bowiem to nie tylko selekcyjny odstrzał zwierzyny, ale żywy kontakt z urokami przyrody, spotkanie z kolegami, wymiana zdań w zakresie ochrony zwierzyny, walka z kłusownictwem i prawidłowe dokarmianie zwierzyny w okresie zimy. Jeżeli warunki pozwalają, organizator polowania zadba o poczęstunek pysznym bigosem – może nie takim jak opisał Adam Mickiewicz w Panu Tadeuszu, ale zawsze niepowtarzalnym i smacznym.

W kociołkach bigos grzano; w słowach wydać trudno

Bigosu smak przedziwny, kolor i woń cudną;

Słów tylko brzęk usłyszy i rymów porządek,

Ale treści ich miejski nie pojmie żołądek.

Aby cenić litewskie pieśni i potrawy,

Trzeba mieć zdrowie, na wsi żyć, wracać z obławy.

Przecież i bez tych przypraw potrawą nie lada

Jest bigos, bo się z jarzyn dobrych sztucznie składa.

Bierze się doń siekana, kwaszona kapusta,

Która, wedle przysłowia, sama idzie w usta;

Zamknięta w kotle, łonem wilgotnem okrywa

Wyszukanego cząstki najlepsze mięsiwa;

I praży się, aż ogień wszystkie z niej wyciśnie

Soki żywne, aż z brzegów naczynia war pryśnie

I powietrze dokoła zionie aromatem.

Korzystając z okazji rozważań nad myślistwem, pozwolę sobie zwrócić uwagę Czytelników na obserwowane obecnie zjawiska. W prasie ukazują się, lansowane przez różnych amatorów Ochrony Środowiska, protesty przeciw zabijaniu błąkających się psów i dzikich kotów. W ich mniemaniu wielki krzyk jest sposobem na ochronę tych zwierząt. Otóż nie prawda. Ta rzekoma „ochrona”, jest sposobem na niszczenie zwierzyny i ptactwa w niewyobrażalny sposób. Pamiętam z lat młodzieńczych i z okresu polowań, że poruszając się w terenie – latem lub zimą – zawsze spotykało się stado kuropatw i skaczące po polach zające. Myśliwi mieli obowiązek zabijać błąkające się po polach bezpańskie psy i koty. Jeżeli ktoś chce trzymać te zwierzęta to powinien zabezpieczyć im byt i nie stwarzać warunków, by głodne pożerały wszystko co się w polu rusza. Niech posłuży taki przykład. W okresie zimy 2010 i 2011 r. przejeżdżałem kilka razy samochodem do Warszawy. Teren, na całej trasie, pokryty był prawie jednolitą warstwa śniegu. W czasie podróży obserwowałem uważnie tereny przy zabudowaniach wiejskich. Niestety ani razu nie zobaczyłem stadka kuropatw, które w okresie zimy zawsze gromadzą się mniejszymi i większymi stadami obok chłopskich zabudowań. I nic dziwnego, bo pielęgnowane przez krzykliwych „działaczy” ochrony środowiska, psy i dzikie koty, wałęsające się po terenie wytropią i zniszczą wszystko. Prawda więc jest taka, że to dzięki myśliwym w naszych lasach zachowała się dotychczas ta zwierzyna i ptactwo, które mamy. Myśliwi, wraz z leśniczymi,  stanowią  prawdziwą kadrę ochrony przyrody, środowiska w Polsce i dzięki im za to.

Darz Bór

Łukasz KUŹMICZ

 


  
           Przykładowy obraz

SARNA
 
(rogacz i koza)
 Sarna jest najmniejszym, lecz najbardziej rozpowszechnionym przedstawicielem zwierzyny płowej. Występuje w całej Polsce, najliczniej jednak w województwach zachodnich. W województwach wschodnich jest mniej liczna, lecz osiąga większe wymiary i ciężar. W okolicach bezleśnych, przebywa przez cały rok na otwartych przestrzeniach polnych jest to sarna polna nieróżniąca się od sarny leśnej prócz miejsca bytowania i związanego z tym trybem życia. Masa ciała wynosi od 15 – 30 kg.
     Suknia zimowa jest szaro popielata a letnia czerwono ruda. Sarny żyją w zasadzie pojedynczo lub rodzinami (matka z koźlętami), zimą zbijają się w większe grupy. Koza rodzi rocznie jedno lub dwa koźlaki, które karmi około 26 tygodni. Najsilniejsze i najładniejsze poroże osadza rogacz między 5 a 7 rokiem życia.    
     Zimą jest to okres, kiedy trudno o jakiekolwiek pożywienie a zwierzyna skazana jest prawie całkowicie na pomoc człowieka – leśników – myśliwych. Sarny pasą się zwykle spokojnie, wychodzą na żer na łąki lub uprawy rolne daleko od brzegu lasu. Ich szkody są małe i prawie nie widoczne, tu skubnie tam skubnie. Rogacz pasąc się często podnosi głowę i rozgląda się dookoła a przed wyjściem na teren odsłonięty długo wietrzy, oczy i nasłuchuje, stojąc przy brzegu lasu lub zarośli. Pożywienie sarny latem stanowi roślinność zielona, młode liście oraz niektóre jagody i grzyby. Sarna latem lub jesienią często wychodzi w pole, tam żeruje i pozostaje aż do zimy.
     Zimą żywi się młodymi pędami drzew i krzewów, suchymi trawami i innymi ziołami, mchami i porostami. W okresie zimy leśnicy – myśliwi dostarczają karmę przygotowaną w ciągu roku – od wiosny do zimy dla całej zwierzyny leśnej i ptaków.

           Mieczysław KOWAL

 

 Przykładowy obraz


 



 

 

           Przykładowy obraz

 

,,Rok zająca”
 
rozpoczęty w Zespole Szkół w Husowie

     Od kilku lat uczniowie Zespołu Szkół z Husowa biorą udział w konkursie pt. ,,Ożywić pola”, którego organizatorem jest Redakcja „Łowiec Polski”. W jego ramach dzieci podejmują szereg cennych inicjatyw, które mają na celu przywrócić naszym polom – zająca i kuropatwę. Jubileuszowa edycja tej akcji odbywa się pod nazwą ,,Rok zająca” i właśnie na szaraka w tym roku szkolnym uczniowie zwrócą szczególną uwagę. Akcja została zorganizowana z potrzeby ochrony przyrody, ochrony naturalnego środowiska i krajobrazu. Uroczysta inauguracja tej inicjatywy miała miejsce w Zespole Szkół w Husowie gm. Markowa pow. Łańcut. Konferencję w Husowie, zorganizowano we współpracy z opiekunami akcji z Koła Łowieckiego ,,Wilk”, z prezesem Włodzimierzem Zwierzykiem - lek. med. oraz łowczym mgr Zdzisławem Ziobrowskim - prezesem Zarządu Okręgu PZŁ w Rzeszowie.
     Otwarcia ,,Roku zająca” dokonał koordynator mgr Mirosław Głogowski z Redakcji ,,Łowiec Polski”. Złożył gratulacje młodzieży, nauczycielom Szkoły w Husowie i zachęcił do dalszej działalności w ,,Roku zająca” i w akcji ,,Ożywić pola”. Chcemy, żeby młodzież, która jest najbardziej odpowiedzialną a równocześnie chłonąc rzeczywistość ochrony przyrody, a jest częścią społeczeństwa razem z nauczycielami, myśliwymi, starali się wszyscy odtworzyć prawdziwy Polski Krajobraz. Po to zakłada się remizy, po to pielęgnuje stare remizy, po to odbywają się zajęcia w terenie, które uczulają młodzież oraz wszystkich uczestników programu na potrzeby ochrony środowiska. W ciągu czterech lat, udało się stworzyć i zbudować dziesiątki tysięcy hektarów nowych remiz. Młodzi ludzie rozumią, co trzeba zrobić, aby ratować przyrodę i zwierzynę drobną. Akcja „Rok  zająca” poświęcona jest popularnemu szarakowi. Zając naturalny gospodarz siedlisk i remiz wśród polnych, który występuje w ekosystemach polnych. Szczególnie na Podkarpaciu, gdzie zając kiedyś też występował tak dosyć licznie. Byliśmy w szkole w Husowie, która w ciągu minionych czterech lat była jedną z wyjątkowych placówek. Chcę bardzo mocno podkreślić, że szkoła w Husowie poprzednie cztery edycje przegrywała albo była blisko wygrania konkursu. Zrobiono tu mnóstwo dobrego, w tej chwili taki dobrym duchem, tego dobrego programu jest Pani Maria Preis. Dlatego tam odbyła się ta wyjątkowa konferencja dla wielkiej gromady dzieci, na temat zająca, a wykład prof. Marka Koziorowskiego z Wydziału Biologii Uniwersytetu Rzeszowskiego, był wspaniałym przykładem, który zachęcił dzieci do udziału w tym programie i do myślenia o zającu i do pamiętania o tym.
     Dodatkowym elementem konferencji był ciekawy wykład płk Andrzeja Krzypkowskiego z Komisji Promocji Łowiectwa i Kustosza Muzeum Przyrodniczego przy Zarządzie okręgu PZŁ w Rzeszowie na temat historii łowiectwa.
     Dodatkową atrakcją była wspaniała wystawa myśliwska. Na wystawę, Zarząd Okręgu wypożyczył z muzeum eksponaty zwierząt i dekoracje.

           Mieczysław KOWAL

 

Przykładowy obraz

 

Przykładowy obraz
 
 
 Przykładowy obraz
 
Zdjęcia pamiątkowe z konferencji w Husowie


 



 

 

          Przykładowy obraz

 

40 - lecie Istnienia
 
Parafii Św. Huberta w Miłocinie
     Otrzymaliśmy zaproszenie na uroczystości 40 – lecia istnienia parafii św. Huberta w Miłocinie. Zaprosili: proboszcz Parafii Miłocin i Okręgowa Rada Łowiecka w Rzeszowie w osobach: proboszcz parafii św. Huberta ks. dr Edward Rusin z Radą Parafialną oraz Prezes Okręgowej Rady Łowieckiej dr Marek Rogoziński. Uroczystości odbyły się 3 listopada 2009 r. godz. 15.00 uroczystą mszą myśliwską połączoną z poświęceniem figury św. Huberta.
     W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele władz gminy Głogów Małopolski, powiatu Rzeszowskiego i woj. Podkarpackiego. Ponadto byli obecni myśliwi z kół wojskowych oraz poczty sztandarowe: Koła „Sęp” z Mielca, „Cietrzew” i „Rogacz” z Rzeszowa. Ponadto był obecny Komendant Garnizonu miasta Rzeszów oraz gen. dyw. Fryderyk Czekaj – prezes wojskowego Koła nr 154 ,,Rogacz” w Rzeszowie.
     Płk dypl. Józef Szyszka prezes Wojskowego Koła Łowieckiego nr 508 „Cietrzew” złożył kwiaty po poświęceniu figury św. Huberta, wspólnie z zastępcą Prezydenta miasta Rzeszowa Panem mgr Henrykiem Wolickim.  Jak co roku trzeciego listopada liturgiczne wspomnienie świętego Huberta w kościele tym brać łowiecka modliła się o orędownictwo swego patrona w rozpoczynającym się nowym sezonie łowieckim. Ale zanim do świętego Huberta zaczęli się uciekać ludzie lasu, zanim Huberta konsekrowano na biskupa i zanim go ogłoszono świętym, wiódł On żywot, którym go nazwać chrześcijańskim, prowadził hulaszczy tryb życia a jego ulubionym miejscem spędzenia wolnego czasu była puszcza, gdzie zatracał się w polowaniach a raczej krwawych łowach. Miał On jednak jedną słabość, miłował przyrodę i tą jego miłość do przyrody Bóg wykorzystał nawracając Huberta. Mówi o tym legenda, którą przybliżył ks. dr Edward Rusin, proboszcz parafii pod wezwaniem świętego Huberta w Miłocinie, duszpasterz myśliwych. Podczas uroczystej eucharystii ks. biskup Edward Białogłowski poświęcił figurę św. Huberta, rzeźbę wykonaną w drzewie lipowym przez Benedykta Popka z Mazur koło Sokołowa. Myśliwi są ludźmi bardzo przywiązanymi do tradycji łowieckiej, która każe rozpoczynać sezon łowiecki mszą św. hubertowską.  Miłocińska świątynia ma w tym szczególne znaczenie powiedział dr Marek Rogoziński prezes Okręgowej Rady Łowieckiej PZŁ w Rzeszowie. My jesteśmy związani z tradycją łowiecką. Tradycje łowieckie szanujemy naszych poprzedników i taki piękny zwyczaj, pielęgnowany przez Nas to tradycja rozpoczynania nowego sezonu łowieckiego do polowań zbiorowych. W tym roku przypada 40 – rocznica ustanowienia parafii rzymsko – katolickiej w Miłocinie, pod wezwaniem św. Huberta. Jesteśmy przekonani, że ta świątynia wybudowana na chwałę Pana i na chwałę św. Huberta, tak jak nam służy, tak będzie służyła następnym pokoleniom i podmiotom. Podczas uroczystości myśliwi z terenu Rzeszowszczyzny ofiarowali dwie stuły kapłańskie z motywami łowieckimi, 19 parostków rogaczy, 2 wieńce jelenia oraz dar łowisk. Proboszcz Miłocińskiej parafii ks. dr Edward Rusin, wyraził słowa wdzięczności dla tych, którzy troszczą się o świątynię św. Huberta.
     Uroczystościom towarzyszyły śpiew i muzyka wykonywana przez sygnalistów myśliwskich i Scholię dziewczęcą.                              
                                                              Mieczysław KOWAL

 

Przykładowy obraz
 
 
Przykładowy obraz
 
 
Przykładowy obraz
 
 
Przykładowy obraz
 
Zdjęcia pamiątkowe z uroczystości w Miłocinie         


 



 

 

          Przykładowy obraz

 

Zasłużony dla Koła Wojskowego w Mielcu

     Szczególnie zasłużony dla Koła Wojskowego w Mielcu jest kol. mgr Zdzisław Ziobrowski - Łowczy Okręgowy, wieloletni Przewodniczący Zarządu Okręgowego w Rzeszowie, członek Okręgowej Rady Łowieckiej Polskiego Związku Łowieckiego. Myśliwy z zamiłowania i profesji, zawsze chętnie służący radą i wszelką pomocą dla członków Koła. Kieruje Okręgiem w Rzeszowie od 1996 roku z wielkim znawstwem a we wcześniejszej strukturze Zrzeszenia-Wojewódzkim Zarządem Polskiego Związku Łowieckiego. Bardzo uczynny dla myśliwych. Gabinet kol. Łowczego Okręgowego jest zawsze otwarty dla przychodzących ze sprawą, „poradą” czy po niezbędne informacje. Zapraszany - chętnie bierze udział w walnych zebraniach koła: swoim autorytetem pomaga wyjaśnić, załatwić różne sprawy na linii Zarząd Koła - Służba Leśna (ALP) - Członkowie. Wspiera Zarząd Koła w słusznych zamierzeniach, ale nie waha się ganić poczynania wątpliwe lub błędne.
     Jak dobry gospodarz zna zarządy Kół w okręgu, pamięta twarze, problemy, zdarzenia. Jest zwolennikiem i popiera nagradzanie za wyróżniającą działalność (odznaczenia łowieckie), wybaczanie - kiedy można oraz ukaranie, kiedy trzeba, powiedzieli myśliwi - lotnicy z Wojskowego Koła Łowieckiego nr 144 ,,Sęp” przy 21 Rejonowym Przedstawicielstwie Wojskowym w WSK - Polskich Zakładach Lotniczych w Mielcu.

          Mieczysław KOWAL


 



 

 

          Przykładowy obraz

 

SPEŁNIONE MARZENIA

     Nie ma chyba myśliwego, który nie marzyłby o innych polowaniach. Ja nie należę do wyjątków.

     W 2002 r. udało mi się takie marzenie zrealizować. Przyjaciel namówił mnie na wyprawę do Afryki. Kończyłem właśnie 37 letnią służbę, żona nie protestowała, finansowo jakoś sobie poradzę - będzie odprawa. JADĘ!

     Z Wędrzyna jadę sam swoim samochodem do Poczdamu pod Berlinem. Dalej już z przyjaciółmi samolotem do Johannesburga, z międzylądowaniem we Frankfurcie nad Menem. Łącznie 26 godzin w podróży.
     Na miejscu czeka na nas przewodnik i samochodem jedziemy na farmę myśliwską. Warunki prawie luksusowe, ale nie ma czasu podziwiać, gdyż gospodarze proponują wyjazd do łowiska.  

     Najpierw strzelnica, sztucer przystrzelany na ok. 200 m, próba celnego oka zaliczona i jedziemy polować. Cóż! - moja postura (150 kg) wyzwala w przewodnikach agresję - przegonimy grubasa. Z samochodu i podchód ok. 500 m, 30 stopni, słońce i zwierzyna już sobie poszła. Wracamy też 500 m, na samochód ciężko wejść. Udało się.
     Ruszamy, po ok. 5 min jest następny postój. Będziemy podchodzić 300 m pod górę. Idę, serce wali a ja widzę, że po dojściu trzeba będzie strzelać.

     Jest, blesbok, antylopa wielkości naszego daniela, strasznie daleko i jeszcze odchodzi na „kulawy sztych”. Mam świadomość, że jak spudłuję to mnie zachodzą. Strzelam, blesbok rusza i po ok. 20 m przewraca się. Ulga. Przewodnicy popatrzyli z uznaniem i pytają kolegi, co to za jeden. Wojskowy – pułkownik. Chodzi słabo, ale strzela dobrze. Kolega zmierzył dalmierzem odległość - 264 m.
     Już do końca pobytu nie musiałem nigdzie chodzić. Podjazd albo ambona. Z ambony polowałem na guźce - co jeden to większy „kultywator” - tak żartobliwie nazywają oręż guźca.

     Zazdrość jest czymś normalnym (to, co innego niż zawiść), koledzy mi zazdroszczą. Po powrocie, sympatyczna Pani Redaktor pytała ile ta wyprawa kosztowała. Odpowiedziałem anegdotą: Myśliwy dzwoni do żony z polowania - Kochanie nie będziemy musieli kupować mięsa przez miesiąc. Strzeliłeś dużego dzika? Nie, przepiłem całą wypłatę.

      Po mojej wyprawie do Afryki nie jedliśmy z żoną mięsa ponad rok, ale nie żałuję.     


Wiesław BOROWCZYK
                                                      Prezes WKŁ „SZOP” w Wędrzynie
 
 
 
Przykładowy obraz
 
 Pierwsze trofeum - Blesbok
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
 Gratulacje!
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
 Hartebest (bawolec)
 
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
Oryx (rano - 1)
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
Bardzo stary byk Kudu
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
Guźce
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
 Springbock
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
 Dwa lata niejedzenia mięsa - odpuściłem!
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
Eland - największa antylopa (ok. 900 kg)
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
Nosorożec (ok. 40.000 dol.)
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
"Mały" kaktus
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
Z przyjaciółmi
 
 
 
Przykładowy obraz
 
 Domki mieszkalne
 
 
 
 Przykładowy obraz
 
Dzielnica Johannesburga Soweto
 


 




 

 

          Przykładowy obraz

 

Fakty i mity a może mity i fakty

     Łowiectwo (gospodarka łowiecka) - zespół planowanych i skoordynowanych czynności mających na celu racjonalne gospodarowanie zwierzyną zgodnie z założeniami ochrony przyrody oraz zgodnie z gospodarką rolną i leśną. Współczesne łowiectwo rozpatrywane jest w szerokim kontekście, określanym też, jako gospodarka łowiecka.

     Obejmuje ona: hodowlę i ochronę zwierzyny oraz jej pozyskiwanie w drodze polowań lub odłowów następnie wprowadzenie do obrotu gospodarczego.

     Polowanie - w języku łowieckim ogół czynności wykonywanych przez myśliwych  z zachowaniem obowiązujących przepisów. Te czynności to tropienie, ściganie, strzelanie i łowienie zwierzyny.
      Jak z tego wynika polowanie jest tylko jednym, wcale nie najważniejszym, ale niezbędnym elementem gospodarki łowieckiej a „zabijanie” nie sprawia również myśliwym przyjemności. To po prostu konieczność, aby utrzymać równowagę w środowisku, minimalizowanie szkód w lasach i rolnictwie. Środki uzyskiwane z polowania nie stanowią zysku myśliwych, lecz przeznaczone są na poprawę warunków bytowania zwierzyny, zagospodarowania łowiska oraz wypłatę odszkodowań rolnikom.
    
      Zwierzęta hodowane w naturalnych warunkach pozyskuje się, aby jak najmniej sprawiać im cierpień. Inaczej jest z hodowlą zwierząt na fermach. Warunki tam panujące urągają wszelkim zasadom i tego staramy się nie zauważać. Sumienie pozwala nam zjadać te kurczaki czy schabowe.
    
     Członkowie Wojskowego Koła Łowieckiego „SZOP” w Wędrzynie kosztem swojego osobistego czasu, swoich rodzin wykonują społecznie zadania, jakie na myśliwych nakłada Ustawa Prawo Łowieckie. Za to należy się im szacunek. Staramy się, aby wizerunek nas myśliwych był w garnizonie właściwy a niewiedza nie powodowała niesłusznych oskarżeń. Nie wyznajemy zasady, że 364 dni w roku nie obchodzi nas środowisko naturalne a 365 dnia organizujemy szumnie sprzątanie świata.
    
      My MYŚLIWI zgodnie z zasadą, że rolą człowieka nie jest być i trwać, ale służyć i 365 dni w roku wspólnie z leśnikami pracujemy na rzecz naszego środowiska naturalnego abyśmy naszym wnukom mogli oddać ten świat kompletny, bez braków. I za to należy myśliwych cenić. Nie chcemy, aby nas wszyscy kochali wystarczy, że będą rozumieli.

Wiesław BOROWCZYK
                                                      Prezes WKŁ „SZOP” w Wędrzynie