Głos Weterana i Rezerwisty

Aktualności

Trafiłem do rakietowców (cz. II)

Kolumny po rozładowaniu maszerowały w jednym wielkim tumanie czerwonego kurzu, podnoszącego się ze spalonej ziemi. Tylko prowadzący coś widział. Dodam, że temperatura w dzień dochodziła do 40–45 stopni Celsjusza. Trzeba było uważać, by nie dotknąć blachy sprzętu, oparzenie gwarantowane. Także za gorąco na opalanie. Natomiast w nocy spadała do 5–10 stopni. Wtych warunkach trzeba było jednak wykonać zadanie i zostało ono wykonane przez pododdziały Brygady na ocenę bardzo dobrą (otliczno). Zanim omówię dokładniej szkolenie i pracę baterii „meteo”, opowiem o drugim wyjeździe. Tym razem byliśmy zimą 1967 roku, ja jako dowódca baterii „meteo”. Warunki transportu były podobne. Z tym że jechaliśmy około dwóch dób krócej, bo przez Ukrainę w kierunku na Homel i dalej w to samo miejsce. Tym razem był jednak mróz. Na tej samej stacji końcowejz trudem zjechaliśmy z platform (wagonów). Silniki w samochodach pozamarzały. Rozładowaliśmy się o świcie. Nie można było uruchomić silników. Dobrze, że Rosjanie mieli dyżurne samochody i ciągniki na chodzie, przeznaczone właśnie do uruchamiania (zaciągania) innych samochodów. Nie było to łatwe, trzeba było ciągnąć nasze samochody ponad kilometr, żeby zaskoczyły, ale i z tym się uporaliśmy. Po uruchomieniu wszystkich pojazdów utworzyliśmy kolumnę, przed którą szedł spychacz. Zamarzniętego śniegu było jak okiem sięgnąć po horyzont, równiutka warstwa około 60–80 cm grubości. Przyszedł w końcu czas na szkolenie, ćwiczenia i strzelanie. Przed strzelaniem bojowym były prowadzone trzydniowe ćwiczenia. Tym razem w nocy temperatura wynosiła około minus 40 stopni Celsjusza, w dzień natomiast 5–10 stopni w ostrym, oślepiającym słońcu. Pamiętam, jak maszerowaliśmy nocąw czasie ćwiczeń do rejonu rozwinięcia drogą, która utorowała poprzednia kolumna. Zawieja śnieżna, że oko wykol, widzialność 2–5 m. Przemieszczaliśmy się za czerwonymi światełkami poprzedniego pojazdu. Po dotarciu w rejon trzeba było rozwinąć sprzęt, zorientować i rozpocząć pracę bojową. By uzyskać ocenę bardzo dobrą, należało wszystko wykonać, przypomnę: zimą i w nocy, w czasie około 25 minut. Ręce przymarzały do metalowych częścimimo rękawic. Uziemienie trzeba było wbić w zmarzniętą ziemię na 70–80 cm według normy. Wszystkie czynności były kontrolowane przez naszych i radzieckich rozjemców. Muszę stwierdzić, że kadra i żołnierze byli bardzo zaangażowani i oddani służbie Brygadzie i krajowi. Wykonaliśmy zadanie na ocenę bardzo dobrą. Dodam, że wszyscy mieli odpowiednią ciepłą odzież (kożuchy, rękawice, czapki). Pamiętam obchody Święta Armii Radzieckiej. Rosjanie byli bardzo serdeczni i towarzyscy – świętowali trzy dni, żeby ci, którzy byli na służbie w danym dniu, też mogli uczestniczyć w świętowaniu. Powrót jak poprzednio. Jak wspomniałem wcześniej, w 1963 roku zostałem skierowany do Brygady w Choszcznie. Kiedy przybyłem tam, dowódcą grupy organizacyjnej był płk Makolądra. Spotkałem wówczas wielu młodych oficerów z poprzedniej promocji –kolegów artylerzystów, którzy od początku wchodzili w skład grupy organizacyjnej. Byli to m.in.: Jan Worm, Mieczysław Misiak, Ziętek – łącznościowcy; Kazimierz Nowak i Sobecki – saperzy; Henryk Płachta, Duma, Mańkowski, Kazimierz Wilczewski i Marek Oleksiak – obecnie członek klubu generałów. Wiele nazwisk uciekło, ale są to do dzisiajserdeczni przyjaciele i koledzy. Na początku 1964 roku przybył płk Włodzimierz Kobylański, który na zbiórce stwierdził: „od dziś ja tu jestem dowódcą, a wszyscy są o jeden szczebel niżej”. Podobała mi się ta wypowiedź. Wspaniały człowiek, profesjonalista jako dowódca i artylerzysta. Jak nakazywała ówczesna etyka oficera i przełożonego, znał podwładnych, sytuację szkoleniową oraz warunki bytowe kadry i żołnierzy. Wywiązywał się wzorowo ze swoich obowiązków. Interesował się wszystkimi i wszystkim – za to go wszyscy szanowali. Podobny charakter miał szef Sztabu Brygady płk Dynkowski (już nie żyje) – bateria „meteo” podlegała mu bezpośrednio. Wspaniałymi przełożonymi byli także zastępca dowódcy Brygady ds. liniowych płk Włodzimierz Rudziński (obecnie prezes Koła w Toruniu) oraz dowódca 16 da ppłk Duchliński, jak również wcześniej wspomniani moi bezpośredni przełożeni kpt. Piotr Kuryś i Zdzisław Zawierta (już nie żyje). Może moja opinia nic nie znaczy, ale – moim skromnym zdaniem – byli to oficerowie zasługujący na najwyższe uznanie, o wysokiej kulturze osobistej i służbowej, koleżeńscy wobec kadry i żołnierzy. Dbali o swoich podwładnych, znali ich i ich potrzeby. Zawsze pytali o służbę oraz czy wszystko w porządku w domu i rodzinie. Powiem tak: jeżeli ktoś podczas mojej służby i obecnej działalności społecznej dostrzegł we mnie jakieś zalety, to w dużej mierze zasługa tych, których wymieniłem. Szanuję ich i zawsze będę wspominał. Dziękuję WAM PANOWIE. Wracam do służby i szkolenia. Życie nie było łatwe: skomplikowany sprzęt o wielomilionowej wartości, krótkie, ale częste ćwiczenia i alarmy. Jednak dzięki wymienionym przełożonym i kolegom można było pogodzić zaangażowaną służbę i sprawy rodzinne. Było nas wielu młodych. Tam się żeniliśmy, mieliśmy małe dzieci, żony pracowały, a szkolenie było prowadzone na wysokim poziomie. Kadra i żołnierze służby czynnej byli bardzo odpowiedzialni i zaangażowani (kolejne późniejsze roczniki oficerów i podoficerów z Podoficerskiej Szkoły im. Rodziny Nalazków już były trochę inne), szczególnie Ślązacy. Mogę stwierdzić z całą odpowiedzialnością, że bateria był to pododdział zbliżony ukompletowaniem do obecnych pododdziałów zawodowych. Jak dobrze pamiętam, w baterii na 49 etatów 43 były zawodowe. Praktycznie wszyscy mieliśmy średnie wykształcenie. Niekiedy trafiał się kierowca po zawodówce. Wszyscy byli dobrze wyszkoleni z możliwością zamienności funkcji. W przypadku awarii sprzętu siedzieliśmy tak długo (czasem dwa–trzy dni), aż ją usunęliśmy. Sprzęt był zawsze w pełnej gotowości. W następnych latach przybywały kolejne wypusty oficerów. Byli to m.in.: Paweł Szymański, Kałużny, Wiesiek Pawłowicz, Romek Paszkowski, Wiesiek Lew, Kazimierz Bordoszewski, Czesław Sikora. W służbie pozostali podoficerowie Antoni Juchniewicz, Romek Kobylski i inni, których nazwisk nie pamiętam, a szkoda. Jak wspomniałem, były częste ćwiczenia i alarmy. To podoficerowie wyprowadzali kolumny baterii, bo byli na miejscu. Czas na wyjście z rejonu był krótki. W czasie 25 minut kolumny musiały być ustawione na drogach wylotowych (rogatkach) miasta. Wyposażenie alarmowe kadry znajdowało się na sprzęcie. Ci, którzy mieszkali przy koszarach oraz podoficerowie służby czynnej wyprowadzali kolumny. Reszta kadry udawała się już w rejony wyciągniętych kolumn. Pamiętam, jak kiedyś wróciliśmy z ćwiczeń, zanim został obsłużony sprzęt, co trwało 2–3 godziny. Szliśmy do domów, a już goniec powiadamiał o następnym alarmie. Telefonów było wtedy bardzo mało. Kto miał, powiadamiał następnych. Służba trudna, ale satysfakcjonująca, bo trzeba było osiągnąć konkretne wyniki oraz opracować komunikat „meteo średni” dla baterii startowych. A więc sondowanie na wysokości do 40 km i w odległości do 150 km. Jeżeli nie udawało się osiągnąć takich parametrów, trzeba było wszystkozaczynać od nowa. Sondowanie odbywało się za pomocą sondy meteorologicznej podwieszonej do balonu wypełnionego wodorem, prowadzonej przez stację radiolokacyjną, która rejestrowała czynniki atmosferyczne w zakodowanej formie. Te z kolei przekazywano ze stacji radiolokacyjnej do specjalnego wozu, gdzie rachmistrze opracowywali komunikat „meteo” przesyłany do plutonu dowodzenia baterii startowej. W skład stacji METEO wchodziły: stacja radiolokacyjna, samochód specjalny dla rachmistrzów, drugi wóz specjalny z urządzeniem do wytwarzania wodoru (korzystaliśmy też z butli technicznej z wodorem), agregat chyba o mocy l0 KW oraz ciągnik stacji radiolokacyjnej Kraz lub Tatra. W baterii były trzy takie stacje METEO, gazik dla dowódcy i Star 66 jako wóz gospodarczy. Była też bardzo ważna rzecz – kuchnia. Z wodorem było najgorzej zimą, zwłaszcza w Kazachstanie, zamarzały bowiem zawory, w wyniku czego trudno było się zmieścić się w czasie, rozwijając urządzenia do pracy. Najwyższym przełożonym w pionie specjalnym był mjr Jasiński, którego potem zastąpił kpt. Marian Główka. Ten był jednocześnie nadzorującym szkolenie na KDO w Orzyszu (listopad 1966 – kwiecień 1967). Byłem właśnie starszym grupy. Bardzo dobrze nam się współpracowało. Trzeba też przypomnieć opiekuna z ramienia Ośrodka Szkolenia Artylerii w Orzyszu (miejsce prowadzenia KDO) kpt. Pietruszkę. Dbał o nasze szkolenie i warunki bytowe. Wspaniałym wykładowcą cywilnym (wykładał klimatologię i synoptykę) był p. Dominik Kowalski, serdeczny mój przyjaciel, obecnie synoptyk IMiGW w Warszawie. Wszyscy byli w porządku, a cel jeden – najlepsze wyszkolenie i taki został osiągnięty. Jest takie powiedzenie: napisz mało, powiedz dużo. Nie wiem, czy mi się to udało. Na pewno jest to niepełny materiał. Za uchybienia przepraszam. Wszystkich wymienionych i niewymienionych ze wspólnej służby pozdrawiam, a kolegom związanych z meteorologią składam serdeczne życzenia pomyślności. Członkom zaś ZŻWP satysfakcji z działalności społecznej.

Alek CISZEWSKI

« Powrót do listy