Głos Weterana i Rezerwisty

Aktualności

Trafiłem do rakietowców (część I)

Zachęcony przez p. Piotra Kurysia artykułem „O rakietowcach” (GWiR nr 2/2011), chciałbym przybliżyć proces szkolenia oraz działanie pododdziałów meteorologicznych w 20 Brygadzie Rakiet Operacyjno-Taktycznych, która przejęła tradycje 2 Pomorskiej Brygady Rakiet Operacyjno-Taktycznych w Choszcznie. Nie wiem, czy powinienem używać określenia „rakietowcy" w odniesieniu do pododdziałów „meteo”, ale wydaje mi się, że upoważnia mnie do tego wspólny cel szkolenia oraz wspólne wykonywanie zadań przez baterie startowe rakiet operacyjno-taktycznych. O artylerzystach zawsze mówiono, że to najinteligentniejsza grupa kadry w wojsku. Nie wiem zatem, czy przystoi równać się z nimi. Jeżeli nie powinienem, to przepraszam. Ponieważ do dzisiaj mam wśród nich serdecznych przyjaciół, liczę, że się nie obrażą. Dotychczas ukazało się kilka artykułów na temat rakietowców, autorstwa m.in. płk. dypl. Krzysztofa Aleksandruka. Nie mogłem jednak doszukać się w nich informacji o tych małych pododdziałach, którymi były (nie wiem, czy nadal są) pododdziały meteorologiczne „meteo” w strukturach wojsk rakietowych i artylerii. A pododdziały te były dla nich bardzo ważne i bez nich z wykonaniem zadania pewnie byłoby różnie (chodzi o celne trafienie). Ponieważ minęło ponad czterdzieści lat od czasów, które wspominam;, chcę na wstępie przeprosić wszystkich za możliwe uchybienia w nazwisku, imieniu, stopniu (zwłaszcza aktualnym) czy funkcji (etacie), które pełnili, a może już odeszli na wieczną wartę. Dobijam już siedemdziesiątki, więc i pamięć nie ta. W 1960 roku zaciągnąłem się do Oficerskiej Szkoły Radiotechnicznej w Jeleniej Górze (wspaniały i atrakcyjny pod względem turystycznym region Polski, lokalna społeczność bardzo nas, podchorążych, szanowała i lubiła). Ukończyłem ją w 1963 w plutonie o specjalności: meteorologia wojsk rakietowych i artylerii. Bardzo mile wspominam ten okres i kadrę: komendanta szkoły płk. Kazimierczaka, jego zastępcę płk. Bolesława Bartosińskiego (wielki autorytet dla Koła nr 4 w Łodzi), dowódcę kompanii kpt. Fabiańskiego, dowódcę plutonu Łowickiego, wykładowcę sprzętu bojowego kpt. Leszka Żłobińskiego, serdecznego kolegę. Specjalność tę ukończyło 13 podporuczników, m.in.: Andrzej Miklaszewski, Wiesław Twardowski, Witold Felskowski, Wojciech Kozłowski, Franciszek Nowik i niżej podpisany. Ostatnich czterech zostało skierowanych do 20 Brygady Rakiet Operacyjno-Taktycznych w Choszcznie (wówczas był to zielony garnizon, a 30% miasta leżało jeszcze w gruzach). Była to niewielka liczebnie służba w Wojsku Polskim około 200 osób kadry i żołnierzy, w tym jeden etat podpułkownika, siedem etatów majora, dwanaście etatów kapitana i tyleż samo porucznika. Zatem perspektywy rozwoju niewielkie (dlatego po latach, korzystając ze skierowania na ASG i pomocy byłych przełożonych z Brygady, o których wspomnę, przekwalifikowałem się na oficera ogólnowojskowego). Z Franciszkiem Nowikiem trafiłem do 16 Dywizjonu Artylerii - dowódca ppłk Duchliński, dowódca baterii dowodzenia kpt. Piotr Kuryś. W składzie baterii były dwie stacje meteorologiczne (odpowiednik plutonów). W jednej z nich służył kpt. Zdzisław Zawierta (+). My przyszliśmy na dowódców stacji radiolokacyjnych. W drugim dywizjonie było podobnie. Podporucznik Nowik oraz z drugiego dywizjonu ppor. Felskowski skierowani zastali na KDO do Orzysza w celu przeszkolenia na dowódców stacji „meteo”. Taka struktura obowiązywała około dwóch lat. Następnie w miejsce czterech stacji w dwóch dywizjonach powstała brygadowa bateria meteorologiczna w składzie trzech stacji „meteo”. Podlegała szefowi Sztabu Brygady. Etat dowódcy baterii - major. Został nim kpt. Zdzisław Zawierta. W lipcu 1964 roku, po osiągnięciu gotowości bojowej (Brygada była formowana chyba od kwietnia 1962, a w roku 1963 rozpoczęło się szkolenie i zgrywanie pododdziałów), Brygada została wyznaczona do odbycia strzelań bojowych w Związku Radzieckim na poligonie w Kazachstanie. Do ich zabezpieczenia wyznaczono dwie stacje „meteo”. Jako dowódca stacji radiolokacyjnej brałem udział w tej wyprawie. Bateria „meteo” była ważnym pododdziałem, ponieważ przygotowywała komunikat, tzw. meteo-średni, na temat warunków pogodowych panujących w danej chwili w rejonie, tzn. określała kierunek i prędkość wiatru oraz temperaturę powietrza do wysokości 35 km w celu obliczania poprawek startowych, bez których nie byłoby mowy o celnym nakierowaniu i wystrzeleniu rakiet przez baterie startowe. Kilka zdań o samym przegrupowaniu z rejonu dyslokacji w rejon startu rakiet, tj. do Kazachstanu. Załadowaliśmy się na małej stacji pod Choszcznem, chyba w Wardyniu. Do granicy radzieckiej jechaliśmy ponad dwie doby. W rejonie Białegostoku przekroczyliśmy granicę. Na terenie polski kadra jechała w wagonach osobowych po 8-10 w przedziale, a żołnierze służby czynnej w wagonach towarowych przystosowanych do przewozu ludzi po około 25 zgodnie z zasadami przewozu transportem kolejowym. Po przekroczeniu granicy w Kuźnicy Białostockiej i przeładowaniu sprzętu do radzieckich wagonów (tam tory są szersze), solidnym jego umocowaniu i zabezpieczeniu (Rosjanie bardzo rygorystycznie przestrzegali przepisów), kadra, podróżowała po czterech w wagonach osobowych, a żołnierze służby czynnej tzw. kuszetkami. Jechaliśmy tak około pięciu dób, najpierw w kierunku Moskwy (staliśmy tam około 10 godzin), ale na miasto nie można było wyjść, bo w każdej chwili mieliśmy ruszać, a przecież można było zrobić wycieczkę po stolicy. Nikt jednak nie narzekał, żyliśmy czekającymi nas strzelaniami. Dalej trasa wiodła na południe. Pociąg „rwał" chyba ze 100 kilometrów na godzinę albo więcej. Pokonywaliśmy setki kilometrów bez zatrzymywania się. Dokoła były bezkresne równiny stepowe albo uprawy arbuzów. Rzadko mijaliśmy jakieś miasteczka lub osady (wsie). Podróż była wygodna, jedzenie dobre, przynoszone przez służbę żywnościową do przedziałów. Obowiązkiem kadry było sprawdzacie dwa lub trzy razy na dobę zabezpieczenia sprzętu (mocowania) oraz organizowanie pogadanek dla żołnierzy, rozmawianie z nimi o samopoczuciu, nastrojach, a także zapoznawanie z obyczajami tutejszej ludności oraz informowanie o tym, co dzieje się w Polsce i świecie. Nie pamiętam nazw miejscowości, ale dojechaliśmy do Wołgi. Piękna, szeroka rzeka, nad którą ludzie opalali się i kąpali w niej. Trochę było nam żal tej sielanki. Zatrzymaliśmy się na stacji w Saratowie. Był to akurat dzień, w którym obchodzono święto radzieckich kolejarzy. Na peronach zagrała nasza orkiestra, a delegacja złożyła życzenia dyrekcji stacji (kolejarzom). Był piękny, słoneczny, gorący dzień. Myśleliśmy, że zostaniemy tu dłużej. Kilka osób z kadry poszło na miasto, a tu nagle pociąg (eszelon) ruszył bez uprzedzenia. Ledwie powrzucano instrumenty na platformy. Żołnierze z peronów wskakiwali do wagonów i na platformy. Ujechaliśmy może ze 2-3 km i zatrzymaliśmy się na 6 godzin. Kilku oficerów zostało w mieście. Dobrze, że za nami jechał drugi nasz eszelon i po paru godzinach zabrał ich. Komórek wtedy nie było i; nie wiedzieliśmy, o co w tym wszystkim chodzi. W końcu po około tygodniu dojechaliśmy do Krasnego Jaru, gdzie rozładowaliśmy się. Było to około 30 km od rejonu miejsca pobytu (blisko płaszczatki Gagarina, skąd startował w kosmos). Stacjonowaliśmy tam prawie dwa tygodnie. Był to czas ćwiczeń i szkolenia zgrywającego, zakończonym ćwiczeniami ze strzelaniem bojowym. Dokoła step, w oddali (fatamorgana) widać było rozlokowane w stepie jednostki radzieckie oraz oazy z lepiankami w gruzach po byłych zesłańcach. Ludzi nigdzie nie było.

Alek CISZEWSKI

« Powrót do listy